czwartek, 12 lutego 2015

35. Cisza.

DPOV Nie miałam zamiaru siadać przy jednym stoliku z Cat, bo wiedziałam, że jej chłopak siądzie razem z nią. Więc usiadłam w rogu stołówki z Tracem, z którym chodzę na matematykę. Trace był wysokim chłopakiem z bladą cerą, kruczoczarnymi włosami i błękitnymi oczami, a w jego dolnej wardze widniał kolczyk. Był naprawdę miły i często przyłapywałam go na patrzeniu się na mnie z zazdrością, kiedy szłam korytarzem za rękę z moim chłopakiem, dlatego bez problemu zgodził się, żebym się do niego przysiadła. Szatyn cały czas coś mówił, ale średnio się na tym skupiałam. Byłam zbyt pochłonięta własnymi myślami na temat dzisiejszego poranka. Nie miałam przez to wszystko żadnego apetytu, dlatego bawiłam się fasolką na talerzu, trącając ją widelcem i tylko przytakiwałam co chwilę Trace'owi nawet nie wiedząc o czym mówi. Tak wiem, to nie było miłe z mojej strony, ale nie miałam ochoty, ani na rozmowę z kimkolwiek, ani na jedzenie, więc tylko czekałam aż wyjdę ze szkoły i zajdę do Harry'ego. Może źle się poczuł?
-Dlatego chciałbym, żebyś ze mną poszła. To jak?
-Hmm? - Podniosłam głowę znad talerza, łapiąc kontakt wzrokowy z chłopakiem.
-Na bal walentynkowy... - Trace popatrzył na mnie wyczekująco.
-Em, wiesz... Nie mogę tego zrobić.
-Dlaczego? - Zapytał zrezygnowany.
-Trace, jesteś naprawdę miły, ale już mam z kim iść. Harry mnie zaprosił. - Chłopak wyraźnie zirytowany przeszkodą, prychnął pod nosem. - Jesteśmy razem.  - Sprostowałam.
-Tak, wiem - Burknął. - Jebany..
-Ej! - Upomniałam. Bo co, bo kocham jego, a nie Trace'a? - Znajdziesz kogoś innego.
-Ale ja chcę iść z tobą. - I właśnie to jest to, dlaczego nie mogłabym się z nim przyjaźnić. Chłopak jest okropnie uparty i nachalny. Aż za bardzo.
-Wiesz, chyba czas na moją lekcję. - Wstałam od stolika z udawanym przepraszającym uśmiechem.
-Mamy teraz matematykę. Razem.
-Tak, wiem. - Powtórzyłam jego słowa i razem z moją tacą odeszłam od Trace'a. Odniosłam niedojedzony lunch do odpowiedniego okienka na stołówce i wyszłam z pomieszczenia, kierując się do mojej klasy matematycznej. Kątem oka widziałam jak chłopak rusza za mną, więc westchnęłam i przyspieszyłam. Naprawdę denerwowała mnie jego nachalność. Poprawiłam torbę na ramieniu, starając się ignorować irytującego mnie szatyna. Jeśli Avan myśli, że to ja jestem nie do zniesienia, to on chyba nie zna Trace'a, serio. Naprawdę byłam zadowolona, kiedy zobaczyłam moją klasę, ale jęknęłam niezadowolona, kiedy okazało się, że jest zamknięta. Szarpnęłam za klamkę, jakby przez to miały się one nagle magicznie otworzyć. Rozejrzałam się po korytarzu. Może miałam nadzieję, że Trace zniknie tak zupełnie przypadkiem, ale nie. On kroczył ku mnie z szerokim uśmiechem. Przylgnęłam plecami do ściany, ponieważ podszedł stanowczo za blisko.
-Przestrzeń osobista. - Zaczęłam wymachiwać rękami, próbując pokazać niewidzialną ścianę między mną i chłopakiem.
-Jesteś zabawna. - Zrobił krok wprzód i oparł dłonie po obu stronach mojej głowy.
-Uwierz mi nie staram się. - Wysunęłam się z przerwy między nim i ścianą pod jego ręką. - Trace, naprawdę zostaw mnie, nie jestem dla ciebie. Mam chłopaka. - Popatrzyłam na niego.
-Nie widzę go tu. - Posłał mi szeroki uśmiech i wsunął ręce do kieszeni. Tak, ja też nie.
-To nie powód do tego, byś go zastępował. Nie kocham cię, kocham Harry'ego.
-Jezu, Darlene. - Westchnął,  przeczesując włosy kościstymi palcami. - Jesteś taka trudna.
-Co się tu rozgrywa? - Blade ramiona Cat oplotły moją szyję. Trace natychmiast niebezpiecznie zmrużył oczy, widząc moją przyjaciółkę.
-Nic. - Posłał mi jeszcze jedno krótkie spojrzenie i spojrzał na nauczycielkę, która powoli szła w naszą stronę z kluczem. Miałam ochotę za to Elfa wyściskać i w ogóle jestem jej wdzięczna do końca życia. Pani Bullock wpuściła nad do klasy i poinformowała nas, żebyśmy nie zachowywali się jak zwierzęta, kiedy ona będzie drukowała dla nas materiały, więc trochę się spóźni. Usiadłyśmy w ostatniej ławce, ku wielkiemu niezadowoleniu czarnowłosego irytującego chłopaka, który zajął sobie trzecią ławkę w rzędzie najbardziej oddalonym od naszego. Zrzuciłam torbę z ramienia na podłogę obok ławki, co wywołało głuchy dźwięk zderzenia metalowego suwaka z panelami i oplotłam szyję przyjaciółki ramionami, przyciskając swój policzek do policzka dziewczyny.
-Jezu, Cat, gdyby nie ty, to by mnie chyba rozniosło. Ja ci za to kupię kwiatki, napiszę piosenkę i w ogóle upiekę szarlotkę. - Brunetka cicho się zaśmiała.
-Wystarczy, że jutro do mnie wpadniesz i dług spłacony. 

Zmęczona ciężkim treningiem, ruszyłam wzdłuż korytarza i naprawdę niczego nie pragnęłam tak bardzo, jak wejścia do mojego samochodu i znalezienia się już w domu Harry'ego. Jeśli już wstał, mój śpioch. Aż się uśmiechnęłam na wyobrażenie chłopaka, który otwiera mi drzwi w bokserkach i białej koszulce, jego włosy są w kompletnym nieładzie, a zielone oczy wydają się mniejsze niż są, ponieważ brunet nie jest w stanie przyzwyczaić się do światła i nieświadomie je mruży. W głowie słyszałam jego zaspany ochrypły głos mówiący "co tu robisz tak wcześnie" i jego delikatny uśmiech, bo mimo wszystko cieszy się, że mnie widzi. Definitywnie jestem największą szczęściarą świata, że go mam. Jest trochę jak dziecko, jak mój drugi Eddie, tylko, że jest przy tym taki kochany i wiecznie ma dobry humor. Poza tym ogląda bajki, no czy to nie jest dowód? Wszystkie moje wizje w jednej chwili rozwiał głęboki głos za moimi plecami, jednak nie zrozumiałam co powiedział, chyba moje imię. Nie zdążyłam się odwrócić, a chłopak już ciągnął mnie w stronę kantorka na miotły, mopy i preparaty woźnego, gdzie nas zamknął. Miałam ochotę po prostu nagle wyparować, kiedy w oczach mignęły mi te kruczoczarne włosy, bo naprawdę miałam już żadnej cierpliwości do tego szatyna. Trace miał bardzo poważny wyraz twarzy, kiedy się do mnie odwrócił.
-Musimy pogadać.
-Nie możemy normalnie? Bez tego całego zamykania? - Spróbowałam dotrzeć do drzwi, ale chłopak zagrodził mi drogę.
-Uciekłabyś, wiem to. - Wypuściłam głośno powietrze spomiędzy warg, ale ostatecznie się zgodziłam. Ostatecznie? Nie miałam wyjścia. Oparłam się więc o ścianę i spojrzałam zrezygnowana na Trace'a.
-Zostawię cię w spokoju. - Ulga? Trochę bardzo. - Ale mam dwa warunki.
-Co? - Naprawdę ma zamiar proponować mi święty spokój jeśli coś dla niego zrobię? To chore, mogę się po nim spodziewać dosłownie wszystkiego. - Nie odzywałeś się do mnie odkąd chodzę do tej szkoły i nagle tak znikąd wielka miłość?
-Dwa warunki. - Powtórzył, ignorując moje pytanie. - Nie mogę iść z tobą na bal, ale obiecaj mi jeden taniec...
-Zgoda.
-...i pocałunek. - Zaniemówiłam. Spojrzałam na szatyna wielkimi oczami, po czym prychnęłam.
-Wychodzę. - Odepchnęłam go od siebie, aby utorować sobie drogę do drzwi. Chłopak zachwiał się lekko, ale podtrzymał się metalowej półki, więc uniknął upadku. Ja za to mogłam już swobodnie otworzyć zamek i wyjść z kantorka. Jezu, nigdy bym nie powiedziała, że jestem typem dziewczyny, która może podobać się połowie chłopaków w szkole. Sami zaczęli ujawniać się dopiero, gdy oficjalnie ujawniliśmy z Harrym nasz związek.To była nowa sytuacja dla mnie. Nigdy nie uganiał się za mną  żaden chłopak, tak naprawdę w całym moim życiu byłam tylko z Devonem i teraz z Harrym. Obejrzałam się za siebie. Trace szedł w moim kierunku, więc jak najszybciej weszłam do samochodu i odjechałam. Naprawdę mam go dosyć. Rozumiem. Spróbować zagadać,  czy coś, ale  ja wyraźnie daję mu do zrozumienia, że nie jestem z nim zainteresowana. To co on dzisiaj wyprawiał, to już przesada. I opowiedziałabym o tym mojemu chłopakowi, gdyby nie to, że nikt nie otwierał mi drzwi,  a Harry nie odbierał. I wtedy właśnie zaczął się najgorszy tydzień mojego życia.

poniedziałek, 9 lutego 2015

04.Impreza z fatalnym skutkiem

VPOV
Dom Żaby znajdował sie zaledwie kilka ulic od domu Bo. Był ogromny, w sumie nie przypominał domu a wille. Gdy tylko wyszliśmy z samochodu nasze bębenki zaatakowała głośna agresywna muzyka, a do nosa doleciał wyraźny zapach alkoholu, dymu i potu,typowy zapach dla takich domówek.
-Chodź mała nie chce żebyś sie zgubiła w tłumie.-Heath posłał mi szczery uśmiech i złączył nasze dłonie w jedno.
Nie czułam sie z tym dziwnie, znam Heatha od kiedy skończyłam roczek, często sie opiekował mną Bo i Darcy, kąpał mnie, przebierał, czyli jednym zdaniem widział mnie nago setki razy więc czemu mam być skrępowana z powodu trzymania sie za ręce? W przypadku tej imprezy trudno mówić o domówce, ludzie pili już na ogródku, balowali już od 19, w ciągu tych trzech godzin niektórzy zdołali upić sie do nieprzytomności, jakaś dziewczyna wymiotowała przy drzewie, obok koleżanki która postanowiłą uciąć sobie ,,drzemke". Nie marnowaliśmy czasu na tańczenie,przeszliśmy przez cały dom aż do ogrodu za domem gdzie znajdowało sie centrum całej imprezy,byłam wdzięczna Heathowi że mocno ściskał moją ręke gdyby nie on zgubiłabym sie w tłumie już w ogrodzie. Gdybym urządziła taką impreze u siebie w domu rodzice zapewne by mnie zabili.
-Ide po coś do picia też coś chcecie?-Bo musiała mówić naprawde głośno żeby przekrzyczeć muzyke.
-Piwo.-Odpowiedzieliśmy zgodnie z Heathem który akurat uwolnił moją dłoń.
Bo ruszyła wzdłuż ogromnego basenu na którego końcu znajdował sie cały alkohol, nie mam zamiaru wypić dużo, to piwo to jedyne procenty dzisiejszego dnia. Wyciągnełam szyje w poszukiwaniach Alexa który przyjechał godzine przed nami, ale mimo faktu że mam na sobie cholernie wysokie lity nie byłam w stanie go znaleść,cholera dlaczego to moja bliźniaczka dostała w genach wzrost?
-Heath stary! Dawno sie nie widzieliśmy! Gdzie sie podziewałeś?!
Gdy wróciłam wzrokiem na przyjaciela witał sie męskim uściskiem z Niallem, Liamem i chłopakiem z którym chodze na algebre o ile dobrze pamiętam nazywa sie Steve. Okej, teraz jest ten czas kiedy mam szanse wyrwać sie z pod opiekuńczego wzroku Heatha i żyć własnym życiem. Ale niestety moje plany zostały szybko zerwane gdy tylko zrobiłam kilka kroków.
-Violet! Gdzie sie wybierasz?
Cholera, znów wracamy do punktu wyjścia, wróciłam na miejsce obok Heatha i posłałam chłopakom w miare przyjazny uśmiech.
-Chłopaki poznajcie moją przyjaciółke Violet, mieszka u mnie chwilowo. Violet to Ben-ups,myślałam że Steve mów błąd-Liam i Niall.
-Em..Już sie znamy z Liamem chodze na większość lekcji prócz biologi,histori i angielskiego. Z Benem na algebre a z Niallem na kilka pojedynczych przedmiotów
W czasie krótkiej rozmowy dowiedziałam sie że Liam mieszka centralnie naprzeciwko nas, zaproponował że gdybyśmy z jakiegoś powodu nie miały jak dojechać do szkoły zawsze chętnie nas podwiezie,oraz że on,brat Bo, Niall i Ben przyjaźnią sie już od wielu,wielu lat.To dziwne bo nigdy na nich nie wpadłam a spędzałam w domu przyjaciółki. Jendnak gdy dołączyła do nas Bo, opowiedziała mi że chłopcy nigdy nie spotykali sie w ich domu tylko w plenerze.
-Przepraszam was na moment ide poszukać Alexa.-Oznajmiłam znajomym odstawiając pustą butelke na stolik obok nas.
-Poczekaj pójde z tobą,musze znaleść Cristal.-Zaproponował Niall przechylając do dna już drugą butelke,przynajmniej przy mnie kto go wie ile wypił podczas całej imprezy?
Przez chwile szliśmy obok sie w ciszy, może nie zupełne, głośniki sprawiały że krew w całym moim ciele wrzała, ugh jak ja bardzo chce w tym momencie potańczyć. Podniosłam głowe na znajomego, miał białą koszulke i błekitną rozpiętą koszule, wyglądał naprawde dobrze to grało z jego jasnymi włosami.
-Jeszcze cie nie przeprosiłem.-Powiedział gdy znaleźliśmy sie przed domem.
-Ugh...Za co?-Zawsze sie jąkałam rozmawiając z facetami,najwyraźniej za mało jeszcze wypiłam.
-Za uszkodzenie twoje tyłka.
Po tych słowach oboje wybuchneliśmy śmiechem, miło że przeprosił,mimo że ja całkowicie zapomniałam już o całym zdarzeniu, w przeciwieństwie do moich spodni z których wciąż nie zeszło błoto.
-A więc oznajmiam ci że mój tyłek ma sie całkiem dobrze.-Znów z naszych ust wydobył sie śmiech.-Zatańczysz ze mną?
Moje słowa natychmiastowo zbiły go z tropu co okazał podnosząc wysoko brwi. Zmieniam zdanie! Nie wypiłam za mało a wręcz ciut za dużo. Nie czekając na odpowiedź chwyciłam jego dużą dłoń w swoją malutką i zaciągnełam spowrotem do środka.Nie poznaje muzyki która właśnie leci z głośników, ale to nic. Najważniejsze że da sie do niej tańczyć, Niall stał jak skamieniały najwyraźniej oczekując że to ja zaczne piersza poruszać sie w rytm muzyki. Jak można sie spodziewać,spełniłam jego oczekiwania. Tłum był naprawde ogromny,ludzie ocierający sie o siebie, z nami nie było inaczej, moje biodra rytmicznie sie poruszały zbyt blisko miedznicy Horana, nasze twarze również były w zbyt niebezpiecznej odległości, ale alkohol sprawił że zupełnie mi to nie przeszkadzało. Jego duże,męskie,ciepłe dłonie spoczeły opiekuńczo na mojej tali w czasie gdy jego nos wędrował po moich włosach. Był wporo wyższy ode mnie więc musiał delikatnie sie zgarbić, ale nie zwracałam na to w tamtym momencie większej uwagi liczyła sie tylko muzyka która przepełniała mnie od środka.
-Violet!
Z mojej malutkiej bańki mydlanej wyrwał mnie wrzask Bo, szybko zabrałam ręce Nialla z mojej tali i ruszyłam szybki krokiem za głosem przyjaciółki, ale wciąż czułam przy sobie obecnośc Horana, najwyraźniej ruszył za mną. Gdy wychodziliśmy wszyscy ludzie rozmawiali,śmieli sie, nikt nie zwracał uwagi na reszte, teraz wszyscy stoją zwróceni w jeden punkt. Próbowałam sie przepchać do centrum ale moja maleńka postura wcale mi tego nie ułatwiała. Niall wybił sie na prowadzenie, ale nie dlatego żeby mi pomóc, teraz kompletnie nie zwracał na mnie uwagi,ale to nic,ważne że mi pomógł nawet jeśli nie świadomie. Przy basenie stała Cristal naśmiewając sie z jakiegos dzieciaka, hej! Ten dzieciak to Alex! Podeszłam jeszcze bliżej żeby wszystko słyszeć.
-Gdzie twój chłoptaś cioto!? Geje powinni być tempieni! Twoja matka pewnie co noc pyta Boga dlaczego akurat ona!
Na twarzach wszystkich pojawiały sie uśmiechy gdy tylko rzucała nowe obelgi w strone mojego przyjaciela, a we mnie aż krew sie gotowała,świat schodzi na psy, z każdym słowem tej pudernicy zaciskałam mocniej szczęke i pięści.
-Kto tu wogóle zaprosił geja?!
-A kto zaprosił szmate?!
Nie zauważyłam nawet kiedy te słowa wyszły z moich ust,dziesiątki par oczu były teraz zwrócone w moją strone, Cristal była naprawde zszokowana moimi słowami, ale nie bede stała jakby nic gdy ktoś obraża moje przyjaciela. Nagle nabrałam pewności siebie i stałam z nią twarzą w twarz.
-Posłuchaj mnie laluniu.-Zaczełam ostrym tonem,patrząc jej prosto w oczy.-Jeśli jeszcze raz usłysze jak obrażasz Alexa, jakiegoś innego homoseksualiste albo kogo kolwiek przemodeluje ci buźke zrozumiałaś?!
Cristal niewinnie pokiwała głową, była naprawde przerażona. Panie i panowie poznajcie Violet Holly Nelson! Mimo maleńkiego ciałka charakter mam wielki.
-Chodź Alex spadamy stąd. Nie są warci naszej uwagi.
Poczekałam aż przyjaciel weźmie swoją marynarke z rąk Cristal i ruszyliśmy w strone drzwi.
-Pedał,wariatka ah i jeszcze nasza kochana deska Bo. Idealne trio.-Zaczeła znów od noca Cristal, której śmiałość powróciła.
Komuś chyba trzeba dać nauczke, mimo że Bo i Alex namawiali mnie abyt to olała ja nie mogłam, poprostu nie. W mgnieniu oka zdjełam z siebie lity i białą marynarke zostając tylko w czarnej sukience, adrenalina sprawiła że nie wiedziałam co robie. Cristal dostała najpierw z otwartej dłoni w lewy policzek a kiedy próbowała mi oddać, wymierzyłam idealny cios z pięści wprost w środek jej twarzy,a dokładniej nos. Z którego szybko zaczeła sie sączyć krew, dziewczyna najwyraźniej nie dostała wystarczającej nauczki wiec tym razem dostała w brzuch, za który automatycznie sie złapała, zachwiała i wylądała w basenie. Wszędzie panowała cisza, dopiero teraz doszło do mnie że jestem tu piąty dzień a już zaliczyłam bujke, brawo Violet. Gdy tylko Cristal zdołała wyjśc z basenu,obtoczyła ją świta a mianowicie Niall,Liam,Sophie i Emma,była cała przemoczona a z jej nosa namiętnie sączyła sie krew.
-Ty szmato! Zabije cie rozumiesz?!-Groziła mi Cristal próbując zatamować krwawienie z nosa.-Już nie żyjesz zniszcze cie?! Rozumiesz zniszcze!!
Krzyczała coś jeszcze, ale ja już opuszczałam impreze pokazując jej na pożegnanie środkowy palcec, jednak jak sie później okazało należy brać słowa Cristal na poważnie...

sobota, 7 lutego 2015

31. Poza domem

DPOV

-Wstawajcie niedźwiadki, bo całą zimę prześpicie. - Babcia Lily wychyliła się zza drzwi.
-Nie śpimy. - Harry odpowiedział nie ruszając się ze swojego miejsca. Jakąś godzinę temu stwierdził, że mu się nudzi i mnie obudził. Przyniósł mi śniadanie, a potem się ubraliśmy i od tamtej pory leżymy tak sobie na łóżku i oglądamy jakąś głupią komedię na jego laptopie. Powoli zaczynało mi się robić niewygodnie, bo od pół godziny leżę w tej samej pozycji z głową na torsie Harry'ego, ale nie miałam zamiaru się ruszyć, bo chłopak bawił się moimi włosami, co było bardzo przyjemne. - Poza tym żadna to zima bez śniegu.
-Właśnie spadł. - Harry i ja automatycznie się podnieśliśmy, aby wyjrzeć za okno. Jak to mogło ujść naszej uwadze? Podjazdy sąsiadów babci Lily były całe pokryte białym puchem, tak samo zresztą jak jej podwórko i taras. Mimo, że nienawidziłam tego uczucia, gdy moje buty są całe mokre, a moje ręce sprawiają wrażenie jakby miały zaraz odpaść, to zabawa na śniegu była jednym z moich ulubionych zajęć.
-Wyjdziemy? Prooszę. - Zwróciłam się do bruneta.
-Jeszcze pytasz? - Popatrzył na mnie jakby moje pytanie było najbardziej bezsensowną wypowiedzią świata. Wstał i  pociągnął mnie za rękę, sprawiając, że prawie spadłam z łóżka. - Dzięki babciu. - Dosłownie wybiegliśmy z pokoju, kierując się do drzwi wejściowych niewiele wolniej, co z prędkością światła, więc ledwo nadążałam, a potem wydawało się, że ubieraliśmy się na wyścigi. Nigdy wcześniej nie zapinałam kurtki równie szybko, co teraz. Harry wyszedł już i trzymał przede mną drzwi, bo oczywiście wygrał ścigankę. Odkaszlnął, zwracając specjalnie moją uwagę na swoją osobę i znacząco na mnie spojrzał, szerzej je otwierając.
-Bez butów mam iść? - Uniosłam jedną brew. Chłopak przewrócił oczami i odszedł od wejścia do domu, zostawiając drzwi otwarte. Usiadłam na podłodze, aby nie stracić przypadkiem równowagi przy zawiązywaniu moich głupich sznurówek, które jak na złość zawsze się plątały, a przy zakładaniu butów były zawiązane za ciasno i w dodatku były przydługie. Wepchnęłam je zawiązane już do środka butów, po czym niezdarnie podniosłam się z podłogi. Prawie się wywaliłam, ale kogo to obchodzi? Pff, nie mnie. Naciągnęłam na uszy granatową  beanie Harry'ego i wsunęłam dłonie w rękawiczki. Jak by to powiedział spongebob.. Jestem gotów! Pomyślałam, że zaskoczę mojego chłopaka i wrzucę go w śnieg, bo pierwszy widok, jaki rzucił mi się w oczy, to jego wypięty do mnie tyłek, podczas gdy jego właściciel lepił kulki ze śniegu. Zamknęłam cicho za sobą drzwi, aby nie usłyszał, że idę, ale mój niecny plan został unicestwiony, gdy jego śnieżka odbiła się od moich pleców. Westchnęłam głęboko. A więc w ten sposób. Odwróciłam się, ale on wciąż udawał, że nic się nie stało i schylał się, aby lepić dalej swoją amunicję. Odwrócił się dopiero, kiedy mój "pocisk" trafił w jego cztery litery, ale zanim zareagował, ja z głośnym  śmiechem wywalałam go w śnieg.
-Osz ty mały żołędziu, chodź tu! - Podniósł się lekko, tylko po to, żeby złapać za rękaw mojej kurtki i pociągnąć mnie do siebie. Pisnęłam, w tej sprawie nie mogłam zrobić nic i za chwilę leżałam już obok bruneta. - Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, kochanie. - Harry przelotnie cmoknął mnie w usta, ale tak naprawdę zrobił to, bo chciał odwrócić moją uwagę od jego dłoni, która właśnie ściągała beanie z moich włosów. - A to chyba moje, co?
-Hej, masz swoją!
-Teraz mam dwie swoje. - Założył granatową czapkę, na drugą, puchatą, zakrywającą uszy.
-Nie lubię cię już, okrutny okrutniku. - Wstałam i otrzepałam spodnie ze śniegu. Podeszłam do Harry'ego, aby odzyskać beanie, ale podniósł rękę, w której ją trzymał, do góry.
-Racja. Nie lubisz. Kochasz mnie. - Wyszczerzył się, dobrze wiedząc, że na widok dołeczków w jego policzkach mięknie mi serce. I wtedy wpadłam na mój genialny pomysł. Zwalczyć własną bronią. Wspięłam się na palcach, aby złączyć delikatnie nasze wargi. Brunet wciąż się uśmiechał, kiedy nasze usta powoli poruszały się w pocałunku, a mój cel, czyli jego dłoń, a raczej przedmiot, który trzymał, powoli się opuszczał. Już miałam ją przechwycić, kiedy w ostatniej chwili Harry schował rękę za plecy. Fuknęłam, odsuwając się od niego.
-No weeź..
-Co mam wziąć? - Zapytał wyraźnie rozbawiony. No kocha mnie irytować, po prostu kocha!
-Harry...
-Mała..
-Duży..
-Mała.. - Jęknęłam, zirytowana do granic możliwości.
-NIE JESTEM MAŁA!
-A ja duży! - Rozbawienie na jego twarzy tylko wzrastało.
-Faktycznie, jesteś malusieńki.
-Ostatnio byłaś zadowolona, więc chyba jednak nie do końca. - Uniósł brwi, patrząc na mnie takim dziwnym  kłamiesz-kochanie wzrokiem. - Powiedz, jaki jestem? - Nastawił teatralnie ucho.
-Poważnie?
-Chcesz czapkę? - Popatrzyłam na niego obrażona, próbując jakoś na niego wpłynąć. Gdyby wzrok mógł zabijać, on już dawno byłby martwy. - Jaki jestem? - Z całych sił próbował się nie uśmiechnąć, a  mi no o  dziwo nie było do śmiechu. Spojrzałam w inną stronę niż jego rozbawiona twarz i założyłam ręce na piersi.
-Duży. - Burknęłam.
-Jaki?
-NAJWIĘKSZY, OKEJ!? -  Wrzasnęłam, wracając wzrokiem na jego głupkowaty uśmiech. - Daj mi to. - Harry teraz z wielką chęcią oddał  mi beanie. Naciągnęłam ją na głowę i znów odwróciłam wzrok, zakładając ramiona na klatkę piersiową.
-Ej, ale nie denerwuj się. Gdzie jest ten uśmiech?
-Najpierw mnie irytujesz, a potem "nie denerwuj się"? - Mruknęłam, ale brunet chamsko mnie zlał.
-Gdzie jest ten uśmiech? - Powtórzył. W ch.. w nosie. - Gdziee teen uśmieech? - Spróbował mnie połaskotać. Ale przecież przez kurtkę nic nie poczułam,więc  westchnął. - Dobra. Wytaczam ciężkie działa. Ulepimy dziś bałwanaa, no chodź zrobimy too! - Na moje usta wkradł się cień uśmiechu. Naprawdę lubiłam słuchać jak śpiewa, miał dobry głos. - Tak dawno nie lepiłem go, nie chowaj się uciekłaś gdzieś czy coooo?
-To nie tak leciało. - Spojrzałam na niego, już z lekkim uśmiechem na ustach.
-Myślisz, że oglądam bajki? I tak cud, że to znam.
-Harry, ty masz w salonie szafkę pełną bajek i wszystkie są twoje. Więc definitywnie oglądasz bajki.
-No, ale już fochaczu mały.. Uśmieszek dla Hazzia. To gdzie on jest? - Przewróciłam oczami.
-No jak dla Hazzia, to chyba się jakiś znajdzie. - Wyszczerzyłam się szeroko.
-Tu jest ten uśmiech. - Uszczypnął mój policzek. Przewróciłam oczami.
-Ulepmy bałwana, serio. - Harry cicho się zaśmiał.
-Mamy tu jednego. - Wskazał na mnie, przez co odepchnęłam go lekko od siebie.
-Głupek.
-Uczę się od ciebie maluchu. - Palec chłopaka odbił się delikatnie od czubka mojego nosa, a na jego twarzy pojawił się ten łobuzerski uśmiech.
-Nie jestem maluchem. - Wydęłam dolną wargę i zrobiłam duże oczy, podkreślając mój smutek.
-Moim malutkim szczęściem. - Harry chwycił mój podbródek i uśmiechnął się do mnie delikatnie, patrząc w moje oczy.
-Wiesz co, zawsze jak mówisz mi jakieś miłe słowa, to czuję się źle, bo ja nigdy tego nie robię. - Wyznałam.
-Mówisz, tylko tego nie zauważasz. Dobra chodź, bo nam śnieg stopnieje.

~*~

 -Ten bałwan serio wygląda jak ty, zobacz. -  Spojrzałam za okno na naszego śniegowego ludzika, który nie dość, że był krzywy, to w dodatku nie miał nosa, a guziki zrobiliśmy mu ze znalezionych na ulicy kapsli od butelek.
-To już wiem dlaczego mi do ciebie pasował. - Wystawiłam do Harry'ego język.
-Przynajmniej nie zaprzeczyłaś.
-Rozbieraj się. - Zmieniłam temat, sięgając do suwaka mojej kurtki.
-Widzę, że się nie patyczkujesz.
-Babcia Lily czeka. Na ciebie. - Zgasiłam go z szerokim uśmiechem. Harry przewrócił oczami i powiesił nasze kurtki na wieszaku.
-Babcia pewnie wyciągnęła wszystkie zdjęcia i teraz mnie będzie ośmieszać, więc ja to chyba pójdę na górę.
-Nie zostawiaj mnie tu samej. - Wydęłam dolną wargę. Jęknął.
-To chodź ze mną

czwartek, 29 stycznia 2015

29. Babcia Lily.

Poprawiłam torbę na ramieniu, kiedy zbiegałam w dół schodów, po czym weszłam do salonu. Eddie siedział na kolanach Harry'ego i bawił się jego loczkami. Przystanęłam w progu, aby móc patrzeć na ten uroczy widok. Mój braciszek próbował zrobić warkoczyka według instrukcji moich i Viol, które teraz głośno sobie przypominał.
-Z plawej do ślodka. I z lewej do ślodka. I z plawej. - Harry patrzył się tylko na niego z delikatnym uśmiechem i mogłam sobie tylko wyobrazić jak wspaniałym mój chłopak jest bratem. Właściwie nie mam zielonego pojęcia o jego rodzinie. Ani o rodzicach, ani o reszcie rodzeństwa. Wiem po prostu, że ich ma, ale mieszka oddzielnie. Eddie w pewnym momencie przestał bawić się brunatnymi włosami chłopaka i wsunął palec w dołeczek w policzku Harry'ego.
-Jak mama mówi, ze Dalsi wpadła po usy, to mówi ze wpadła w te dołki? - Mój braciszek zapytał wywołując cichy śmiech bruneta.
-A jak myślisz?
-Ze pewnie tak, bo cię kocha. A ty ją kochas? - Zagryzłam wargę i oparłam się o framugę.
-Bardzo. Jak nikogo innego.
-A za cio? - Eddie kontynuował swoje przesłuchanie.
-Bardzo ładnie się uśmiecha. I ma najładniejsze oczy na świecie.
-Ja tes mam takie! - Przerwał mu chłopiec. - I za co jesce?
-Słodko wygląda jak powiem jej coś śmiesznego. Bo udaje wtedy, że to wcale nie jest śmieszne, ale i tak widać, że chce jej się śmiać. I się mną bardzo dobrze opiekuje. Masz swojego misia, prawda? I kochasz go, bo jeśli się do niego przytulisz jest ci cieplej, milej i jesteś szczęśliwszy, jeśli masz go przy sobie, tak? Odgania wszystkie koszmary w nocy i pomaga ci pokonać strach, mam rację? I Darcy jest dla mnie jak twój miś dla ciebie. Kocham twoją siostrzyczkę, bo jest osobą, która na pewno potrafiłaby mnie zrozumieć zawsze i po prostu kocham ją za wszystko i za nic. Rozumiesz? Po prostu. Kocham w niej wiele rzeczy, ale miłość jest czymś czego nie da się wyjaśnić. Kocham, bo mnie w sobie rozkochała. No i przyznaj, że ładniejszej dziewczyny nie widziałeś.
-Widziałem tak samo ładną. Violet. Ale nie mozes pozwolić Dalsi płakać. Musis ją traktować jak księznickę.
-Jest moją księżniczką.
-To powiec jej to. - Eddie wskazał na mnie i nagle osłupiałam. Zielone tęczówki spojrzały głęboko w moje, odbierając mi mowę. Po prostu zapomniałam języka, którym się posługuję na codzień i nie mogłam znaleźć odpowiedniej reakcji na słowa mojego chłopaka.
-Ed, idź na górę, okej? - Zagadnął Harry.
-A będziecie się całować? - Brunet spojrzał na mnie z uśmiechem.
-Będziemy.
-Fuuuja. - Chłopiec pobiegł w stronę schodów, mijając mnie w drzwiach. Natychmiastowo podbiegłam do Harry'ego i oplotłam jego tors rękami.
-To były najpiękniejsze słowa jakie kiedykolwiek usłyszałam, Harry. - Chłopak odsunął mnie lekko od siebie i spojrzał w dół na moją twarz, co musiało wyglądać bardziej śmiesznie niż uroczo, bo musiałam zadzierać głowę do góry, aby na niego spojrzeć. Jego miękkie usta delikatnie musnęły moje.
-Najprawdziwsze jakie powiedziałem, księżniczko. - Uśmiechnęłam się. Stanęłam na palcach i objęłam szyję Harry'ego, aby móc go przytulić. Fakt, że stałam na czubkach palców, dodatkowo wspomagana przez ręce Harry'ego, dzięki którym mogłam utrzymać równowagę, pozwolił mi na umieszczenie policzka na ramieniu chłopaka i wsłuchiwanie się w jego miarowy oddech. Zawsze biło od niego takie ciepło, a jego koszulki pachniały bananami i pianką do golenia. Jego perfumy były bardzo delikatne, więc ich woń była bardzo słabo wyczuwalna. Kiedy tak staliśmy przytuleni w końcu zauważyłam jak Eddie wychyla się zza drzwi i unosi kciuk do góry. Uśmiechnęłam się tylko do niego, pokazując ten sam znak.
-Powiec, ze go kochas. - Polecił mi bezgłośnie braciszek.
-Kocham cię, Harry. - Brunet odchylił się ode mnie, żeby móc spojrzeć w moje oczy.
-Kocham cię bardziej. - Pocałował mnie długo. Od dzisiaj nowa żelazna zasada; zawsze słuchaj się Eddiego.

~*~

-Harry, kochanie, jak ty mi wyrosłeś! - To były pierwsze słowa babci mojego chłopaka, kiedy wyszła z samochodu. Od razu podbiegła do bruneta i wycałowała jego policzki, oczywiście Harry musiał się do tego schylić i kilka razy posłać mi błagalne spojrzenie, ale taki widok mnie bawił, więc musiał się z tym męczyć. Posłałam mu całusa, na co odpowedział mi następna-będziesz-ty spojrzeniem. - Pokaż mi tą swoją wybrankę serca. - Staruszka odwróciła się do mnie z szerokim sympatycznym uśmiechem. Nie mogła mieć więcej niż jakieś pięćdziesiąt-, lub sześćdziesiąt-parę lat.
-Babciu to jest Darlene, Darcy, to jest moja babcia Lily.
-Ulubiona babcia Lily.
-Moja jedyna babcia Lily.
Zaśmiałam się.
-Lily Cox. - Przedstawiła się kobieta. - Ale możesz mówić do mnie babciu. - Pani Cox mocno mnie przytuliła. To jest takie miłe. - Dobra maluchy. Czego nie powinnam mówić o tobie, Harry, słodziku, czym cię ten Louis karmi, jesteś jak wieża, zupełnie jak dziadek! Ale dawajcie mi te torby do bagażnika i pakować się do samochodu, możecie z tyłu, miejsca jest dużo i nie będziesz kierować Harry, wiem że uwielbiasz mój samochód, ale ci nie pozwolę. Po to tu przyjeżdżałam po was, bo jeździsz jak wariat jakiś, ja nie wiem, że ci Louis na to pozwala, zresztą ten też tak jeździ, jakby czasu nie było, jakby jaki pościg za nim jechał, no się dobraliście jeden z drugim. Zawsze tacy szybcy byli, przysięgam. Ja pamiętam jak jeszcze to takie małe zasrańce w pieluchach mi po podwórku latali za kotem, to sztuka było dogonić, zresztą cała brygada! Drużyna "demolka"! Gemma, Charlotte, wszyscy! Kochane małe psujące wszystko dzieciaki. Kiedyś upolowali zająca patykiem. Takie magiki. No, no wsiadajcie! - Dzieciństwo Harry'ego i wzmianka o jego rodzinie bardzo mnie zaciekawiły, ale wsiadłam razem z chłopakiem do auta, podczas gdy jego babcia zamykała bagażnik. - Zapinajcie pasy. - Było pierwszą rzeczą, którą usłyszeliśmy od babci Lily, kiedy wsiadła za kierownicę. - No to wam powiem, że Louis po wyjeździe z Tesco mi trochę opowiadał o waszej znajomości i dzisiaj pewnie mieliście wieczorek zapoznawczy, więc kazał wam dać oddzielne pokoje, bo podobno znacie się już wystarczająco dobrze. - Wymieniliśmy z Harrym znaczące spojrzenia, próbując się nie zaśmiać. - Ale dobra kobieta ze mnie, ja z dziadkiem już lekko przygłusi, to możecie sobie w jednym pokoju ten tydzień spędzić. - Jechaliśmy w stronę głównej drogi, po ulicy, która była dosyć wąska. W pewnym momencie z naprzeciwka wyjechał czarny sportowy samochód, który jechał środkiem drogi i ledwo minął rodzinne auto babci Lily. - No panie, co pan. Wariat jaki. Myśli, że jak sobie samochód z kaloryferem kupił, to jakiś lepszy jest? Tylko czekać, aż mu ten lakierowany spojlerek odpadnie. W ogóle to dokąd oni wszyscy tak jadą co? Ludzie! Jest sobota, siedzieć w domu, jak wolne od pracy, a nie się po świecie rozjeżdżać!
-Babciu... - Harry całkiem rozbawiony, zresztą podobnie do mnie, spojrzał w kierunku Pani Cox.
-No co? Tak samo na mnie patrzyłeś kiedyś jak zaczęłam twojej cioci opowiadać o tej dziewczynce. Tak ją kochał... Kiedyś mi mówił jaki to on był zakochany w swojej przyjaciółce, jak mi mówił jakie fajne ma włoski i oczka takie duże, chyba miał wtedy z osiem lat, ta jego dziewczynka często przyjeżdżała do mnie razem z nim i wiesz co? Całkiem do ciebie podobna, kochanie. - Babcia Lily spojrzała na mnie przez wsteczne lusterko i ciepło się uśmiechnęła.
-Babciu!
-No co?
-Bo to ona...
Babcia Lily umilkła. Spojrzała na nas i nawet trochę zwolniła.
-A pamięta jak cię ubrały z Lottie w strój księżniczki?
-Pamięta. - Harry posłał mi błagające spojrzenie, na co uśmiechnęłam się złośliwie.
-Właściwie możemy powspominać. - Babcia Lily posłała mi rozbawione spojrzenie, widocznie specjalnie to robiła. To miał być na prawdę tydzień pełen momentów kompromitujących mojego chłopaka, ale wynagrodzę mu to kiedyś jakoś. Jeśli to wytrzyma to go przytulę, kupię kwiatki i w ogóle upiekę szarlotkę, ale po prostu muszę trochę o tym posłuchać.
-No pamiętam kilka takich sytuacji. Założyłyście mu spódniczkę i zrobiłyście warkoczyki, jeszcze mu zrobiłyście skrzydła i przykleiłyście taśmą do pleców, nawet założyłyście mu biustonosz Gemmy! Najlepsza była chyba w tym wszystkim jego różdżka, trzymał banana. Mam nawet zdjęcia z tamtego dnia, jak dojedziemy to zrobię herbatę i obejrzymy. Wyglądał pięknie, a jaki szczęśliwy był! - Wybuchłam śmiechem, kiedy wyobraziłam sobie obrażonego bruneta w różowym stroju wróżki.
-Więc siedzę w samochodzie z bananową wróżką?
-Właśnie. - Uśmiechnęłam się do mojego chłopaka. - Właściwie teraz to on już wróżki nie przypomina, stał się już mężczyzną! Tylko włosy ma babskie. - Halo. Pomocy. Duszę się śmiechem.
-Bananowy rycerz. - Powiedziałam między spazmami śmiechu.
-I jego księżniczka. - Harry złapał moją rękę i uśmiechnął się tak pięknie jak to on potrafi.
-Ale to wcale nie było śmieszne, jeśli porównywać z kolejną historią. - Kontynuowała babcia. - Harry zawsze nosił ubrania po starszym bracie. Kąpielówki też.
-Kurcze, babciu... - Brunet zasłonił twarz dłońmi i odchylił głowę do tyłu.
-Cichaj, opowiadam. I jak był rozłożony u nich basen na urodziny Charlotte, to Harry miał na sobie jedne ze starych kąpielówek Lou. Wskoczył do wody i jak się tak pluskał to je zgubił. A potem biegał tak po podwórku. Na szczęście mieliście tylko po 5 lat to do końca mu to różnicy nie robiło. Ale taki nagusieńki jak go Pan Bóg stworzył, tak latał za tobą.
-Teraz nie ucieka. - Mruknął chłopak. - Nawet przeciwnie.

środa, 28 stycznia 2015

27. Kiedy niektóre sprawy wychodzą na jaw.

HPOV
-Zawsze będziesz się ubierał, zanim się obudzę? - Spojrzałem na Darcy, która z uśmiechem na ustach przeciągała się obok mnie. Odłożyłem telefon na szafkę, aby móc zawisnąć nad brunetką. Przybliżyłem się do niej tak, że nasze nosy się stykały.
-Pani chyba jest w dobrym humorze, co? - Jej uśmiech znacznie się powiększył.
-Ciekawe dlaczego.
-Wszystko w porządku? - Skinęła głową.
-HARRYYYY! - Usłyszałem jak Louis szarpie za klamkę drzwi do mojej sypialni. Gratulowałem sobie za zamknięcie ich wczoraj na klucz.
-JUŻ! Zakładaj moją koszulkę i bokserki i z powrotem pod kołdrę. - Tak jak poleciłem dziewczynie, tak zrobiła. Wstałem z łóżka, aby otworzyć Lou, który od razu wparował do sypialni zawieszając wzrok na Darcy. Przyjrzał się jej dokładnie.
-Ubierz się bezwstydniku, dama patrzy! -Wrzasnął na mnie.
-Jezu, po prostu chodzę bez koszulki, to nie zbrodnia. - Louis zmierzył mnie badawczym spojrzeniem.
-Darlene, możesz tu podejść? - Rzucił. Darcy wstała powoli i skierowała się do mnie. Dzielnie stawiała kroki, próbując niczego po sobie nie pokazać. Objąłem ją ręką w talii, przyciągając do mojego boku.
-Chodzi normalnie. Masz szczęście młody. Przyszedłem ci tylko powiedzieć, że babcia przyjedzie wieczorem, to możesz zacząć się pakować. -Przewróciłem oczami.
-Idź już. - Louis spojrzał na mnie podejrzliwie (kolejny raz) i w końcu wyszedł (chwalmy Pana!).
-Jadę do Tesco! - Krzyknął zza drzwi. -Potrzebujecie coś?
-NIE! - Przekręciłem klucz w zamku.
-tak...

DPOV

-Harry, nie jadę na pieprzoną wojnę, wrócę za maksymalnie godzinę. -Ponowiłam próbę przekonania bruneta, że na prawdę może puścić moją rękę.
-To nie tak, po prostu nie chcę żebyś jechała z nim. Nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy, martwię się czasem o jego stan umysłu, podejrzewam, że nie pracuje. - Powiedział zupełnie poważnie, patrząc mi w oczy. Zaśmiałam się cicho, kiedy Louis uderzył go w tył głowy, ale oddałam mu za niego.
-Należało mu się, no! - Lou próbował rozmasować 'bolące' miejsce, ale jestem pewna, że udawał, bo ledwo musnęłam dłonią jego włosy.
-Tobie też, bo go uderzyłeś.
-Aww, słodziaku. - Harry oplótł mnie ramionami, ale wiedziałam, że to tylko kolejna próba przekonania mnie.
-I tak pojadę. - Fuknął. Poczochrałam jego włosy i tak jeszcze roztrzepane, bo w końcu była dopiero dziesiąta. Louis otworzył przede mną drzwi swojego samochodu, więc podziękowałam mu i wsiadłam, a kiedy odjeżdżaliśmy, pomachałam do mojego wyraźnie niezadowolonego z wyjazdu chłopaka. No ale cholera jasna. Jechałam tylko do Tesco i z powrotem! Jego protesty były bez znaczenia, bo potrzebowałam kupić parę rzeczy do domu, typu płatki na mleko, albo jakiś sok. W domu to ja zajmowałam się takimi rzeczami. Upewniłam się jeszcze raz, że mam przy sobie pieniądze i skupiłam się na drodze przed nami. Louis otworzył usta, co zauważyłam kątem oka, ale odezwałam się jeszcze przed nim.
-Jeśli będziesz mnie wypytywał o moje życie seksualne, wysiądę. - Zaśmiał się, kręcąc przy tym głową.
-Nie zrobisz tego.
-Chcesz się przekonać? - Uniosłam jedną brew. Przewrócił oczami, ale faktycznie to na niego zadziałało. Na parkingu było całkiem sporo miejsca, co mnie na prawdę zdziwiło, no bo sobota. Prawie południe. (Jak dla Harry'ego rano). Wyszłam z samochodu, jeszcze przed odejściem od drzwi, upewniając się, że są zamknięte.
-Będziesz potrzebowała wózka? - Zapytał Louis, kiedy już ruszaliśmy w stronę wejścia do marketu.
-Prawdopodobnie.
-Okej. - Ruszył po jeden wózek z wielu stojących przy automatycznych drzwiach sklepu. Weszliśmy do niego razem i szliśmy wyszukując kolejno porządane produkty. - Ej. Mam pomysł.
-Dawaj. - Nie uzyskałam odpowiedzi, bo chłopak skorzystał z przewagi wzrostu (nawet jeśli to tylko kilka centymetrów) i wsadził mnie do wózka.
-Co... - Wydusiłam tylko.
-Tak będzie szybciej. Czytaj listę. -Spojrzałam na niego wzrokiem typu "ty-tak-na-serio?", ale zrezygnowana wypuściłam z ust westchnięcie, gdy przekonywał mnie spojrzeniem.
-Banany. - Mruknęłam.
-Dla Harry'ego?
-Ty o to dbaj. - Kółka zaczęły sunąć po podłodze. - Tylko nie pędź, owoce nie uciekną.
-Zależy ile tam leżą.
-Niedługo, zaufaj mi. - Zapewniłam. Louis wrzucił odpowiedni owoc do wózka. Ignorowałam pogardliwe spojrzenia kierowane w naszą stronę. - Jeszcze winogrona.
-Daj mi listę, będzie jeszcze szybciej.
-Równie dobrze mogłam nie jechać. - Zauważyłam.
-A wywalić cię z wózka? - Aby mnie przestraszyć i podkreślić, że jest w stanie to zrobić, lekko mnie przechylił, więc kurczowo złapałam się półki z pomarańczami. - Poza tym nie zostawiłbym ciebie z Harrym samej w domu, bo mogłoby mu coś wpaść do głowy. - Mrugnął do mnie znacząco. Gdyby wiedział... Odwróciłam się od niego, aby ukryć rumieniec wywołany wspomnieniami.
-Masz. - Podniosłam papier z listą zakupów na wysokość jego twarzy (tak myślę, bo prawie go uderzyłam w nos) i zaraz była w posiadaniu bruneta, który dosłownie kochał wprawiać mnie w taki stan jak teraz. Czasami jednak cieszę się, że mój brat jest mały i nie rozumie pewnych rzeczy.
-Można? I po co komplikować?
-Zamknij się. - Burknęłam. Wózek jeszcze raz się zatrząsł, ale tym razem nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.
-Towarzystwo mojego brata źle na ciebie wpływa, przemyśl to.
-Po kimś to musi mieć. - Wyszczerzyłam się, odchylając głowę do tyłu, aby złapać z Lou kontakt wzrokowy. Zaśmiał się.
-W sumie, całkiem cię lubię. - Zrobiło mi się dosyć miło. W końcu jest z rodziny chłopaka, którego kocham. - Ale i tak nie odpuszczę wam tej sytuacji w pokoju lokowatego. - Fuknęłam.
-Lokowatego... - Powtórzyłam ciszej.
-A nie jest?
-Kupuj. - Usłyszałam tylko jak się zaśmiał i ruszyliśmy w drogę po następne produkty. Wózek powoli zapełniał się wszystkimi potrzebnymi mi rzeczami, czy owocami, lub napojami. I wszystko było w porządku, do czasu..
-WOLNA KASA! - Złapałam się metalowych ścianek po moich bokach, kiedy Louis zaczął biec w jej stronę. Bałam się, że zaraz mnie wywróci i coś mi się stanie, albo gorzej. Wszystkie produkty się potłuką i będzie trzeba za to zapłacić i dodatkowo nas stąd wywalą. Gdy tylko się zatrzymaliśmy, niemal natychmiast wyskoczyłam z wózka, będąc zbyt zła na bruneta, aby zrobić sobie coś z rozzłoszczonego wzroku kasjerki.
-Nie żyjesz. - Powiedziałam bezgłośnie.
-Cichaj orzeszku, muszę zapłacić.
-Orzeszki, to ty masz w bokserkach. - Burknęłam, zakładając ręce na piersi. Byłam na niego zła i koniec. Louis popatrzył na mnie, a potem rozejrzał się, aż jego wzrok zatrzymał się obok kasjerki.
-O, prezerwatywy. Harry jeszcze pewnie nawet nie wie jak się to zakłada.
-Przestań Louis. - Za wszelką cenę próbowałam uniknąć kontaktu wzrokowego z brunetem.
-Daj spokój, w sumie to się cieszę, że oboje jesteście jeszcze 'czyści' przynajmniej jak będziesz u nas nocowac nie będzie hałasu.
-Louis...
-Dlaczego się czerwienisz?
-Nie czerwienię... - Zaprzeczyłam, mimo tego, że moje policzki płonęły żywym ogniem.
-Czerwienisz. Nigdy się nie czerwieniłaś, kiedy schodziłem na ten temat. Chyba że wy... O boże czy wy... - Spuściłam wzrok, myśląc, że zaraz zapadnę się pod ziemię. Prawdopodobnie moja twarz wyglądała jak jakiś pomidor. - O MÓJ BOŻE TY I HARRY UPRAWIALIŚCIE SEKS! - Ludzie z całego Tesco nagle spojrzeli w moją stronę.
-Ciiiiiicho. - Zasłoniłam twarz dłońmi. Najbardziej żenujący moment mojego życia.

środa, 14 stycznia 2015

31. Niespodziewane pytanie.

Harry: Zaraz szkoła.

Jedziemy razem?

Dlaczego nie odpowiadasz?

Śpisz jeszcze?

Idę po ciebie.

Kochanie...

Darcy no.

Jadę.

Wychodzisz?

Lala...

Darcy: PRZESTAŃ PISAĆ FRAJERZE.

Harry: Uuu ostro. Wychodzisz?

Darcy: Mamy odwołaną biologię Dzięki za pobudkę KOCHANIE.

Harry: Otwórz okno.

Darcy: Wejdź raz jak człowiek drzwiami, nie każ mi wychodzić z łóżka.

Harry: Proszę.

Odłożyłam telefon i wzdychając głośno, wstałam i otworzyłam okno. Korzystając z tego, że jeszcze go nie ma, zastanawiałam się, czy wrócić do łóżka. Ale jako, że mój najukochańszy chłopak nie liczy się z moimi potrzebami, to nie dam rady już dzisiaj spać. Wymaszerowałam więc z pokoju i poszłam do łazienki, aby pozbyć się tego niemiłego smaku w ustach. Kiedy wróciłam do pokoju, Harry już siedział na parapecie i uśmiechał się szeroko.
-Ty nie masz serca. - Stwierdziłam i podeszłam do łóżka, a Harry ruszył za mną. Położyłam się z powrotem pod cieplutką kołderkę w zeberkę, mając nadzieję, że brunet chociaż leżeć mi pozwoli, ale zadowolona zauważyłam, że kładzie się obok, więc nie ma szans na wyciągnięcie mnie z łóżka przed dziewiątą.
-Oddałem je tobie. - Złożył na moich ustach krótki pocałunek. - Smakujesz miętą.
-To pasta do zębów. - Odpowiedziałam i ułożyłam głowę na torsie chłopaka. Owinął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy.
-Na prawdę masz zamiar tak leżeć do dziewiątej?
-Tak. - Odpowiedziałam krótko i zamknęłam oczy. Harry bawił się moimi włosami, przez co jeszcze bardziej chciało mi się spać.
-Będziesz spała?
-Mhmm. - Mruknęłam. Harry westchnął.
-Przepraszam za pobudkę. - Odgarnął włosy z mojej twarzy i próbował zapleść mi warkocza. Powoli nadchodził już mój wymarzony sen, ale mój telefon zaczął dzwonić. Odwróciłam się i sięgnęłam nad Harrym po telefon. Spojrzałam na ekran i już wiedziałam, że nie mogę prowadzić tej rozmowy przy brunecie.
-Masz być cicho. - Powiedziałam. Wcisnęłam zieloną słuchawkę  i przyłożyłam telefon do ucha. - Czy wy wszyscy się zmówiliście i uknuliście sobie przerwijmy-Darcy-jej-ukochany-piękny-sen-plan?
-Co? Rozmawiałaś już z kimś?
-Widocznie nie ty jedyna nie wiesz jak miły jest sen. - Harry zachichotał, na co obrzuciłam go karcącym spojrzeniem.
-Darcy, kto z tobą jest? - Świetnie. Pomyślałam.
-Nikt.
-Nie jestem nikim, jestem Harry. - Chłopak miał niezły ubaw, a że Cat świetnie znała jego głos, mogła rozszyfrować, że to z nim jestem, a on doskonale o tym wiedział.
-Macie imprezę piżamową beze mnie, czy coś się w nocy działo? - Jęknęłam zażenowana. Ona nie wiedziała o naszych doświadczeniach jeśli chodzi o sprawy łóżkowe, a raczej ich brak. - Nie ważne, po prostu liczę na to, że nie leżycie teraz oboje nago, bo stoję pod twoim domem i czekam na was.
-Nie mamy..
-Nie obchodzi mnie to, czekam, ja też cię kocham. - Cmoknęła w słuchawkę i rozłączyła się.
-Ona jest moją śmiercią...

~*~

Wyszłam z samochodu i od razu zapragnęłam wsiąść do niego z powrotem. Na dworze było tak zimno, że mróz niemal od razu zaczął szczypać moje policzki. W dodatku byłam bardzo śpiąca, przez Harry'ego i Cat. Byłam na nich zła na początku, ale kiedy Harry zaproponował mi swoje ramię jako poduszkę na biologii,postanowiłam, że im odpuszczę.
-Do zobaczenia na lunchu Elfie. - Powiedział brunet, owijając swoje ramię wokół mojej talii i ruszyliśmy w dwie różne strony do swoich szafek. - Ale się trzęsiesz. - Stwierdził.
-Bo jest mi cholernie zimno. - Niechętnie odsunęłam się od Harry'ego, żeby włożyć torbę z moimi rzeczami do szafki, bo od chłopaka zawsze biło ciepło. Od szafek przeszliśmy do naszej szatni, aby zdjąć nasze kurtki i zmienić buty z zimowych na jakieś trampki, czy jak w przypadku Harry'ego - Nike. Brunet od razu ściągnął swój czarny płaszcz, a ja zrobiłam to bardzo niechętnie, pozbawiając się kolejnego źródła jakiegokolwiek ciepła. Skrzywiłam się czując zmianę temperatury na skórze i przeklinałam mojego chłopaka, za to, że namówił mnie do założenia bluzki z krótkim rękawem tylko dlatego, że miała nadruk z literą "H", a miałam ją po starszej kuzynce Hannah.
-Myślę, że nienawidzę cię za twój dar przekonywania, bo umieram z zimna. - Harry spojrzał na mnie i zaśmiał się cicho. Zdjął swoją bluzę i oddał mi ją. Była zakładana przez głowę, więc nie byłam zadowolona, kiedy po założeniu jej moje włosy się potargały. Przygładziłam je dłońmi.
-Dzięki. Nie będzie ci zimno?
-Mi nigdy nie jest.
-To niesamowite jak bardzo się różnimy. Tobie wiecznie ciepło - mi zimno. Ty jesteś wysoki - ja przeciętna. Ty masz jasne oczy - ja ciemne. I jest wiele innych różnic, więc to na prawdę niesamowite.
-Przeciwieństwa się przyciągają, kochanie. - Uśmiechnęłam się, kiedy dłoń Harry'ego splotła się z moją. - Idziemy? - Pokiwałam głową i oboje ruszyliśmy do sali biologicznej. Bez książek, bo pani Parker zapowiedziała nam na dzisiejszą lekcję film.
-Teraz będę spać. - Oznajmiłam.
-Służę ramieniem.
-Pamiętam, jesteś mi to winien. - Wystawiłam język, co Harry skomentował cichym śmiechem.
-Chłopcy się na ciebie patrzą.
-Dlaczego, mam coś na twarzy?
-Nie. Dlatego. - Brunet podniósł nasze splecione dłonie na wysokość mojej twarzy. - No i masz na sobie moją bluzę. Poza tym wyglądasz pięknie. Ale myślę, że to przez tą bluzę, brzydalu ty mój.
-Słodzisz. - Powiedziałam ironicznie, ale uśmiechnęłam się i ścianęłam lekko jego dłoń. - Poza tym pewnie patrzą, bo idę z takim frajerem. - Uśmiechnęliśmy się do siebie.
-Nasz związek to niewątpliwie jest cel wszystkich par świata.
-Nigdy im się nie uda, bo jesteśmy jedyni w swoim rodzaju. - Stwierdziłam, wchodząc już do klasy. Byłam zadowolona z faktu, że okna były zasłonięte werdikalami i w pomieszczeniu panował półmrok. Pani Parker siedziała za swoim biurkiem, przy komputerze, a na ścianie pojawił się rzut z projektora. Nauczycielka popatrzyła na mnie i Harry'ego, kiedy siadaliśmy w naszej ławce, a potem policzyła wszystkich uczniów w klasie i zaznaczyła obecność w dzienniku.
-Przypominam, że mimo iż będziemy oglądać film i nie będziemy pisać, ani używać książki, wciąż nie wolno wam wyjmować telefonów, ani innych urządzeń, ani jedzenia. Mam nadzieję, że się rozumiemy i możemy zacząć oglądać. - Pani Parker nie czekała na nasze potwierdzenie, czy cokolwiek innego, tylko usiadła przed monitorem i odtworzyła film. Harry siadł bokiem do tablicy i oparł się o ścianę. Poczułam jak przyciąga mnie do siebie, a moje plecy delikatnie zderzyły się z jego torsem już chwilę później, sprawiając, że siedziałam między jego udami. Przytulił głowę do mojej szyi, opierając brodę o moje ramię, a jego ręce oplotły mnie, łącząc nasze dłonie razem. Byłam zadowolona, bo mogliśmy siedzieć w ten sposób, a nauczycielka nie zwracała na nas uwagi. Byłam bardzo niewyspana, ale starałam się skupić na filmie, ponieważ jego temat był dosyć istotny, a ja średnio go rozumiałam.
-Nudzi mnie to. - Jęknął cicho Harry.
-Shh. - Odszeptałam. Harry cicho westchnął, ale przez resztę lekcji siedział cicho.
Wraz z dźwiękiem dzwonka wstałam z mojego krzesła i razem z brunetem wyszłam z klasy.
-O cholera, moje oczy. - Zasłoniłam światło padające z długich lamp na suficie dłonią. - To boli.
-Wiem co czujesz, ale chodź, dasz radę, jesteś dzielną dziewczynką.
-Spadaj. - Powiedziałam krótko i ruszyłam wzdłuż korytarza. Harry dotrzymywał mi kroku przez całą drogę do szafki, a potem do klasy, gdzie oboje mieliśmy lekcję edukacji seksualnej.

~*~

-Dlaczego Avana nie ma w szkole? - Zapytałam Cat, wychylając się zza Harry'ego.
-Źle się czuje. - Odpowiedziała. - Czy ta kolejka w ogóle chociaż trochę się zmniejsza?
-Uhm, nie, nie sądzę. - Wyjrzałam ponownie zza Harry'ego, aby spojrzeć na przyjaciółkę. Brunet przytrzymał się mojej dłoni i powoli klęknął na jedno kolano.
-Wejdziesz za mnie? - Zapytał mnie.
-Co robisz?
-But mi się rozwiązał. - Wyjaśnił i wziął się za wiązanie sznurówek w jego czarnych Nike. - I pytałem czy wejdziesz za mnie, bo wtedy będę bliżej początku kolejki i wcześniej dostanę swój lunch, a ty będziesz mogła swobodnie rozmawiać z Elfem. - Cat popatrzyła na nas i wybuchła śmiechem. Mój chłopak wstał i i popatrzył na nią zdezorientowany, tak samo jak i ja.
-O co chodzi? - Zapytał.
-Myślałam, że jej się oświadczasz.
-Oh. - Harry odwrócił się do mnie i uśmiechnął tak pięknie. Odwzajemniłam jego gest, to faktycznie była zabawna sytuacja. - To wejdziesz za mnie?
-Nie. - Pokazałam mu język. Zaśmiał się cicho. Złapał mnie w talii, podniósł lekko i zamienił nas miejscami.
-Mi się nie odmawia, kochanie. - Jego palec wskazujący odbił się od czubka mojego nosa, a potem brunet przytulił się do moich pleców, kładąc głowę na moim ramieniu.
-Wiecie, czuję się zazdrosna, bo nie ma tu Avana. - Cat założyła ręce na piersi i spojrzała na nas z udawanym smutkiem.
-No chodź Elfie. - Harry wyciągnął ręce do Cat i podszedł bliżej niej. Dziewczyna się odsunęła.
-Nie aż tak! -

sobota, 10 stycznia 2015

17. Pierwszy pocałunek.

?POV
15 sierpień 2011
-Darcy!? - Krzyknąłem kolejny raz. Mojej dziewczyny nigdzie nie było. - Jesteś tu!? - Przeszedłem między gałęziami krzaków. Pomyślałem, że to ostatnie miejsce, w którym mogłaby być, bo nikt znajomy jak dotąd nie wchodził tutaj. To było moje sekretne miejsce. Wszedłem, mimo to na maleńką polankę otoczoną zeszwsząd krzakami. Po mojej lewej stronie zauważyłem coś, czego jak dotąd tu nie było. A mianowicie, była to dziura. Ktoś najwyraźniej powyłamywał gałęzie, tworząc przejście.. gdzieś. Nie zastanawiałem się długo kto, lub co mogłoby to być, po prostu wszedłem tam, z nadzieją, że zobaczę winowajcę. Dopiero będąc już po drugiej stronie zacząłem odczuwać lęk. To mógł być ktokolwiek, lub nawet cokolwiek. Zarówno Darcy, jak i jakiś niedźwiedź. Chociaż to raczej mało prawdopodobne, bo w Londynie na wolności nie żyją niedźwiedzie. Rozejrzałem się. Ten widok był zdecydowanie jednym z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widziałem. Przede mną rozciągał się staw otoczony wysokimi, gęsto rozsnącymi krzakami ze wszystkich stron, było tam także jedno drzewo. Jedno jedyne w tym miejscu. Było je widać z centrum parku, jednak tylko część wystającą znad wysokiego krzaka.
-Darcy? - Ponowiłem i podszedłem do drzewa. Usłyszałem chichot za sobą. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem moją kochaną brunetkę wychylającą się zza grubego pnia.
-Akuku. - Powiedziała rozbawiona, a ja mogłem w końcu do niej podejść i zabrać moją czapkę z daszkiem z jej głowy. Podszedłem do niej możliwie jak najbliżej, więc normalne dla mnie było, gdy położyła dłonie na mojej piersi i zaczęła się cofać, aż jej plecy nie zderzyły się z pniem drzewa.
-Całowałeś się już? - Zapytała nagle, tym samym zbijając mnie z pantykału. Od razu pomyślałem o moim kocie Dustym, który reaguje jedynie na komendę "buziak".
-Tak.
-Taaa, ja też nie. - Zaśmiałem się cicho.
-Może już najwyższy czas? - Położyłem dłonie po obu stronach jej głowy, opierając je o gruby pień drzewa. Przygryzła wargę, prawdopodobnie nieświadomie. Zawsze to robiła jak się czymś denerwowała, już nawet gdy mieliśmy po 7 lat i był to nasz pierwszy dzień w szkole. Pamiętam jak ściskała moją rękę i czekała aż dyrektor ogłosi, do której klasy została przydzielona. Żuła swoją dolną wargę jak gumę do żucia, a potem dodatkowo zaczęła obgryzać paznokcie, bo Violet nie była w klasie razem z nami. Oczywiście ich rodzice szybko to zmienili i bliźniaczki mogły uczyć się razem. Teraz patrzyła na mnie bardzo podobnym wzrokiem. Wyglądała naprawdę uroczo, a jej oczy ślicznie się błyszczały, odbijając światło słoneczne, które przebijało się między liśćmi drzewa w nielicznych miejscach. Powoli zbliżyłem swoją twarz do jej i czekałem na jakiś ruch z jej strony. Nie chciałem, żeby to była chwila, kiedy zmuszam ją do pierwszego prawdziwego pocałunku, wiedziałem, że to wyjdzie tylko jeśli oboje będziemy tego chcieli. I ja chciałem, ale czy Darcy też? Popatrzyła na mnie niepewnie, a ja posłałem jej delikatny uśmiech. Jej wzrok powędrował na moje usta, a potem prosto w moje oczy i w tamtym momencie poczułem jak jej kolano przypadkowo zetknęło się z moim, w chwili gdy ugięła nogę w kolanie, opierając stopę o pień. Kąciki jej ust lekko się uniosły, co wywołał kontakt naszych ciał. Twardo wpatrywaliśmy się sobie w oczy i w ten sposób zrozumiałem. Zdecydowała się. Zarzuciła mi ręce na szyję, tym samym zmuszając mnie do pochylenia się, ponieważ znacząco górowałem nad nią wzrostem. Chyba już na zawsze tak pozostanie. Zawsze była moją malutką Darcey. Złączyłem nasze usta, co tak naprawdę jak dotąd było normalne. Odkąd byliśmy razem często dochodziło między nami do takich krótkich cmoknięć, ale teraz nie miał być to tylko krótki całus. Wzorując się na filmach i opisach z fanfictionów z ulubionym zespołem Darcy, które często byłem zmuszony z nią czytać, powoli i delikatnie wsunąłem język pomiędzy jej wargi, kiedy lekko je rozchyliła. Nawiasem mówiąc, to jeśli chodzi o fanfictiony, to często czytaliśmy razem pikantniejsze sceny niż pocałunki. To tylko potwierdzało fakt, że między nami rzadko występuje coś takiego jak skrępowanie. Przejechałem językiem po górnej wardze Darcey i wiedziałem, że to co robimy wychodzi nam dobrze. Uśmiechnęła się delikatnie, wywołując to samo na mojej twarzy. Powoli odsunąłem się od niej i oparłem swoje czoło o jej. Właśnie przeżyliśmy nasz pierwszy pocałunek i on był idealny. Moja szyja bolała od ciągłego schylania się do dziewczyny, tak samo jak szyja Darcy musiała ją boleć od ciągłego przechylania jej w górę. Potarła o siebie nasze nosy, wywołując tym mój cichy chichot, a ja jej szeroki uśmiech.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że to było idealne w każdym calu? - Spytałem. Czułem na skórze jej spokojny, ciepły oddech. Przytaknęła mi cichym mruknięciem i przymknęła oczy, wsłuchując się w nasze miarowe oddechy.
-Wiesz co jest za trzy dni? - Zapytała, zmieniając nagle temat.
-Twoje urodziny. Twoje i Violet. I wyjeżdzasz z tatą i Viol do Irlandii na tydzień. - Odpowiedziałem.
-Chcę żebyś pojechał z nami. - Zapytałem o to moich rodziców jeszcze tego samego dnia. Zarówno oni, jak i ojciec bliźniaczek wyrazili na to zgodę. Ale nie wiedziałem jeszcze do czego wyjazd doprowadzi, bo gdybym wiedział, kategorycznie zabroniłbym przyjaciółkom wyjazdu.
DPOV
-Halo? - Zamknęłam tajemniczy pamiętnik od "H" i usiadłam wygodniej na parapecie wyłożonym materacem i poduszkami. Nawet nie spojrzałam na wyświetlacz, kiedy odbierałam połączenie.
-Hej kochanie. - Usłyszałam po drugiej stronie telefonu, przez co moje oczy prawdopodobnie podwoiły swoje rozmiary.
-Nie mam ochoty z tobą rozmawiać. - Przyłapałam się na tym, że mój głos drżał.
-Kotku..
-NIE MÓW DO MNIE W TEN SPOSÓB! - Wrzasnęłam, przerywając mu. Zaśmiał się.
-Moja mała, słodka i niewinna Darlene.. Jestem w Holmes Chapel, mogę liczyć na spotkanie z moją dziewczyną?
-Nie możesz mówić o mnie w ten sposób pierdolony kutasiarzu. - Nie wiem jak, ale wulgaryzmy same wychodziły z moich ust. - Już nie masz żadnego jebanego prawa nazywać mnie swoją fiucie. - Głupia. Powinnam od razu się rozłączyć. Trzęsącą się dłonią nacisnęłam czerwoną słuchawkę i rzuciłam telefonem w poduszki. Przetarłam twarz i delikatnie się zdziwiłam gdy napotkałam mokrą powierzchnię mojego policzka. A więc płakałam. Łzy spływały po mojej twarzy i przy okazji zauważyłam też, że cała drżałam. Drżał mój oddech, ręce i całe ciało.
-Kto był taki niedobry, że zmusił cię do nazwania go pierdolonym kutasiarzem? - Usłyszałam niedaleko mojego ucha. Szeroki uśmiech Harry'ego zniknął, gdy zobaczył moją zapłakaną twarz, oświetlaną jedynie przez światło z jego pokoju. Na dworze było ciemno. Mój telefon znów zaczął dzwonić, na co przykryłam go kolejną poduszką, aby nie słyszeć już tego dźwięku.
-Mała... - Harry siadł na swoim parapecie tyłem do mnie i trzymając w swoim pokoju jedynie nogi od kolan w dół, wykręcił się chwytając mnie za dłonie. - Chodź tu. - Niepewnie przerzuciłam nogi przez parapet i spojrzałam w dół. Zaczęłam się wahać. - Hej? - Podniosłam głowę, napotykając zmartwione spojrzenie bruneta. - Ufasz mi? - Przygryzłam wargę. Ufam mu? Cholera, to jest trudne.
-Tak. - Odpowiedziałam cicho, nie myśląc długo. Postawiłam jedną stopę na parapecie Stylesa i zaraz dostawiłam drugą, po czym zeskoczyłam na podłogę. Harry zamknął za mną okno i odwrócił się, siadając na parapecie.
-Co się stało?
-Możesz mnie przytulić? - Spytałam i natychmiast tego pożałowałam. Harry spojrzał na mnie zaskoczony, w sumie to rozumiałam jego reakcję, jakoś nigdy nie widziałam żeby doświadczał jakiegokolwiek kontaktu fizycznego z Cat, albo Avanem. Nie wyglądał mi na pieszczocha. Wyglądał jak zagubiony chłopak, którego zniszczyło życie. Oh, od kiedy ja taka jestem? Nie powinnam go oceniać z wyglądu. Chociaż brałam też pod uwagę ostatnie zdarzenia. On wydaje mi się nieczuły jakby. Nieważne. Tak czy inaczej, zrobiło mi się przykro. Potrzebowałam go teraz. Jego rysy twarzy nagle złagodniały, w chwili gdy słowa "już nieważne, zapomnij" miałam już na końcu języka. Oplótł ręką moją szyję i przyciągnął mnie do siebie. Położył głowę na moim ramieniu, w chwili gdy wtuliłam się w niego. Chłonęłam spokojnie jego zapach. Coś jak drogie perfumy i proszek do prania z odrobiną dymu papierosowego.
-Siadaj. - Wolną ręką popchnął moje udo do siebie, tym samym zmuszając mnie do tego, abym usiadła okrakiem na jego udach. Więc tak zrobiłam. Oplótł moje drobne w porównaniu z nim ciałko swoimi umięśnionymi ramionami i pocałował mnie w czubek głowy. - Opowiesz mi co się stało? Możesz mi zaufać. Skinęłam głową.
-Zanim przeprowadziłam się tutaj, miałam chłopaka. Nazywał się Devon. Devon McKenzie. Stwarzał pozorne poczucie bezpieczeństwa, kiedy byłam razem z nim. Podkreślam. Pozorne. On.. To trochę krępujące. On chciał mnie, no... - Spięłam się. To jest niezręczne. - On chciał pozbawić mnie dziewictwa. A ja mu cały czas odmawiałam. Nie czułam się przy nim tak swobodnie. Ale kochałam go. I potem okazało się, że on mnie zdradzał od początku naszego związku. Jak tylko się o tym dowiedziałam, pojechałam do niego i zapytałam o to. I on powiedział mi wtedy... - Rysowałam paznokciem przeróżne wzorki na torsie Harry'ego i wciąż unikałam jego wzroku. Po moich policzkach znów spływały łzy, znów płakałam. - On mnie wtedy strasznie zwyzywał, Harry. I wyprosił mnie z domu. Nie. Nie wyprosił. Wyrzucił mnie stamtąd. Powiedział, że nie chce ze mną być bo nie spełniam jego potrzeb seksualnych. - Harry znów mnie do siebie przyciągnął i zamknął w uścisku.
-Nie płacz, nie warto. Wcale nie musisz się przy mnie krępować. Szczerze mówiąc, ja też nigdy się nie kochałem. I co? I nic.
-Zejdźmy z tematu, co? - Harry zaśmiał się, czym wywołał wibracje w jego klatce piersiowej. - Harry?
-Hmm?
-Czym jesteśmy? - Podniosłam głowę z jego torsu i popatrzyłam w jego oczy. Jego zielone tęczówki wyrażały jedynie jego skonsternowanie.
-Ale w jakim sensie?
-No bo raz się obrażamy, mam cię czasem w ch.. kij dość, mam ochotę cię zamordować, a potem siedzę na tobie w twoim pokoju i się przytulamy. Czym jesteśmy?
-Przyjaciele?
-Przyjaciele.
-Więc uroczyście jako twój najzabawniejszy, najlepszy, najukochańszy, najprzystojniejszy i najskromniejszy przyjaciel świata obiecuję nigdy nie poruszać tematu twojego dziewictwa, ani tego, że jestem prawiczkiem, ale wzamian obiecasz, że to się nie wyda, bo to zrujnuje moją reputację.
-Styles, jaką reputację? - Zaśmialiśmy się oboje. Popatrzyłam na jego szeroko uśmiechniętą twarz i zdałam sobie sprawę jak wielkie szczęście mnie spotkało. Mam przyjaciela, który potrafi poprawić mi humor jednym głupim tekstem. Jego zielone oczy utkwione były w moje. Teraz mogłam im się dokładnie przyjrzeć. Ich zieleń powodowała, że miałam ochotę patrzeć na nie całymi dniami. Jego oczy były po prostu piękne. Bardzo podobały mi się też jego włosy. Nie mogłam się powstrzymać i chwyciłam jeden kosmyk i nawinęłam na palec. Jednak elementem jego urody, który najbardziej mnie rozczulał był jego uśmiech. W jego policzkach zawsze pojawiły się ogromnie urocze dołeczki, w które za każdym razem miałam ochotę wsadzić palec, to prowokowało. Wszystkie te moje myśli sprowadziły mnie do jednego. Chciałam cofnąć czas i inaczej odpowiedzieć. "Przyjaciele? Chcę czegoś więcej". Cholera. Myślę, że mogę się w nim zakochiwać...